Kawa, a rak okrężnicy, oraz czy witarianin to najmądrzejszy człowiek w okolicy?

filizankaPo rozważeniu za i przeciw proponuję Drogiej Socjecie yyy … wypicie codziennie dwóch filiżanek dobrej kawy. Ale o tym za chwilę.

Śliczne Joł Ślicznemu Państwu

Odkąd przeszłam na witarianizm zaprzestałam kontaktowania się organoleptyką z kawą. Bo kawa to i owo, raczej zdecydowanie źle. Szczególnie z wątrobą nie halo. Że wypłukuje minerały, chociaż w tym temacie pisałam już rozprawkę, że nie wypłukuje magnezu, bo nie potrafi.

Faktycznie kawa potrafi wprawić w dygot i wiele osób przyzna rację, że po kawie drży. Lub drżało na początku picia kawy. Ale też wiele osób w ten sposób reaguje na zieloną herbatę. Nie mogą jej bezwzględnie pić przed snem.

Tak czy siak, czy może być dla nas dobry pokarm, który wprawia nas w dygot, albo ma taki potencjał? Albo czy może być dla nas dobre czerwone wino, które sprawia, że możemy się nim upić? A wątroba?

Ktoś odważny, chyba Fredek Patenaude rzuca przepis na pyszną sałatkę:
Ostra sałata, w typie rukola
Słodka kukurydza surowa
Świeże pomidory
Pokrojone w kostkę mango
Mała ilość awokado (1/3)
Świeże zioła prosto z okiennego ogrodu
Sok z cytryny

I co się dzieje? Robi się rwetes. Jak to, jak to? Kukurydza, pokrojone mango i awokado!!?? Tłuszcz z cukrem w jednym posiłku?!

Tak Droga Socjeto i nic się nie stanie. A nawet wręcz przeciwnie, stanie się dobro, dla podniebienia i organizmu. Dość fanatyzmu. Kiedy jesz dajmy na to daktyle, albo inne suszone owoce razem z orzechami, jest realne zagrożenie cukrzycą i takimi tam.

Kiedy dojrzałe banany zmiksujesz z awokado, to istnieje prawdopodobieństwo duże. Ale jak zjesz naturalnego duriana, to nic Ci nie będzie, a wręcz przeciwnie, bo witarianie wielbią duriany (patrz Durian Rider, uśmiech), chociaż w tych smacznych smrodliwcach jest aż 20% tłuszczu! A w awokado też są węglowodany. W orzechach też.

Po prostu nie przesadzaj.

Oczywiście są witarianie, którzy jedzą głównie tłuszcz, zaś boją się słodkich owoców jak ognia. Są jeszcze tacy, którzy niczego się nie boją, vide Boutenko i potem jeszcze zarobią na wydaniu książki jak się obżerali bez opamiętania omegą-6 z cukrem. I poczuli się chorzy.

Rozumiem, rozumiem do czego bijecie. Że mój prawie frutarianizm, czyli 811 to też pierdolnięcie w czaszkę. I macie rację, ale ma swój sens energetyczny i pro zdrowotny. I dopiero razem z tym sensem stał się moim wyborem. Podkreślam moim.

Dobra, gadaliśmy ostatnio wiele o tłuszczach nasyconych, o wielkiej ściemie i że faktycznie Amerykanów i pół tak zwanego cywilizowanego świata zgubiły węglowodany proste. W tym najgorsza fruktoza.

No a co Droga Socjeta powie na właśnie opublikowane najnowsze badania w dniu 9 kwietnia, tego roku w Journal of the National Cancer Institute wskazują, że wysokie spożycie nasyconych tłuszczów i tłuszczu ogółem jest związane z większym ryzykiem raka piersi?

Zachwiana równowaga receptorów estrogenu – receptorów progesteronu, związana ze spożywaniem tłuszczów nasyconych i generalnie tłuszczów i już mamy ryzyko. Zwiększa się czynnik wzrostu naskórka ludzkiego receptora 2-ujemnego. Uwierzcie, że to nic dobrego.

Czyżby jednak dr. Campbell miał trochę racji w swoim studium czajna? (uwaga, kpię)

No dobra, już widzimy, że witarianie są niespójni poglądowo i sieją antagonizmy. Można więc na chwilę odstąpić od swojej religii i pomyśleć o swoim własnym przypadku.

Czy mieszkamy w kraju, gdzie marskość wątroby jest główną przyczyną zgonów obywateli? Nie. W jakim stanie jest Twoja wątroba? Robisz przecież coroczne próby wątrobowe. Czy dbasz o swoją wątrobę według zaleceń znachorki pepsi?

Albo innych felczerów naturopatów? Jeżeli nie masz sobie, ani wątrobie za wiele do zarzucenia i lubisz dodać parę listków zielonych młodego mniszka lekarskiego, czyli wszędzie obecnego dmuchawca, to mam dla Drogiej Socjety następującą sprawę do rozważenia.

Jaki jest odsetek zachorowalności na raka jelita grubego w kraju w którym mieszkasz? Na pewno bardzo wysoki. Czy masz jakieś genetyczne obciążenia? W związku z tym wysokim odsetkiem, na pewno sporo osób będzie miało przypadek zachorowania u swoich antenatów dalszych i bliższych.

Dlatego po rozważeniu za i przeciw proponuję Drogiej Socjecie yyy …. wypicie codziennie dwóch filiżanek dobrej kawy.
Już spieszę wyjaśnić dlaczego.

Przez lata lekarze ostrzegali swoich pacjentów przed piciem zbyt dużej ilości kawy. Witarianie poszli o wiele dalej. Zero kawy, nul kawusi. Jednak w ostatniej dekadzie, lekarze/badacze doszli do zaskakujących wniosków na temat rzeczywistego związku między kawą a rakiem jelita grubego.

Izraelskie badania przedstawiły bardzo pozytywny związek pomiędzy tymi dwoma czynnikami.

W dużym badaniu w Izraelu, w którym wzięło udział 8500 osób, naukowcy odkryli, że picie około dwóch filiżanek kawy dziennie obniża ryzyko zachorowania na raka jelita grubego. Około 3500 uczestników nie miało raka, a 5000 z nich miało raka jelita grubego.

Badanie to wykazało, że ci ludzie, którzy pili kawę mieli aż o 30 % mniejsze ryzyko zachorowania na raka jelita grubego w porównaniu do tych, którzy nie pili kawy. Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że im więcej kawy ludzie pili, tym mniejsze było ryzyko zachorowania na raka jelita grubego.

I teraz jest problem.

Mówić o tym ludzkości, czy trzymać to przed ludzkością w tajemnicy? Żeby ludzkość nie oszalała z tendencją do skrajności i nie popędziła do kofiszopów jak do jakiejś mekki.

Bo jedna do dwóch kaw dziennie, to mniejsze ryzyko o 22%, ale już dwie i pół do czterech filiżanek, a ryzyko zmniejszało się do … 44%.

Oczywiście badanym zadawano pytania i badani odpowiadali. Niektórzy jak to badani mogli zwariować. Ale odrzucając skrajne noty, możemy ustalić, że picie dziennie 2,5 filiżanki kawy daje szansę na zmniejszenie ryzyka zachorowania na raka okrężnicy o jedną trzecią.

To bardzo dużo.

I moim zdaniem, nawet witarianie muszą rzecz rozpatrzyć, tym bardziej, że kawa również zmniejszała ryzyko innych raków, ze szczególnym uwzględnieniem raka prostaty i raka sutka, jak również pewnych typów raka skóry.

Źródła 123

Serdeczności
peps

Opublikowano Kawa | Otagowano , | 28 komentarzy

Kogo obchodzi chlorella?

chlorella-300x199 Czy jest jakiś pokarm, który jedzony codziennie w ilości 5 g, po paru, powiedzmy dwóch miesiącach jest w stanie oczyścić ciało, oraz dowartościować pozostałe pożywienie i sprawić, że zacznie to ciało o wiele lepiej funkcjonować? I o tym za moment.

Poświąteczna Jolanta Socjecie,

Wchodzisz na różne strony i czytasz, chlorella to, czy tamto. Ta jest najlepsza, kup tę, a nie inną. A tak naprawdę kogo obchodzi chlorella? Jakieś zielsko obce Ci zarówno kulturowo, jak i emocjonalnie.

Dlatego pomimo wielu artykułów, które od wielu lat ukazują się w necie, albo w prasie, ludzie, którzy dbają o zdrowie jakoś nie pędzą do sklepów stacjonarnych, czy tam wirtualnych, żeby zapewnić sobie codzienną dawkę 5 g chlorelli.

Do tego chlorella w smaku jest chyba jeszcze gorsza niż też zalecana spirulina, a obie przyjmowane w prasowanych talarkach zwanych tabletkami w żaden sposób nie kojarzą ci się z jedzeniem. Jednak to jest jedzenie. I to doskonałe, ale rozumiem, że Drogą Socjetę to nie bierze.

Zapomnij w takim razie na chwilę o chlorelli. Nic trudnego, bo jest ci przecież obojętna. I pomyśl.

Czy jest jakiś pokarm, który jedzony codziennie w ilości 5 g, po paru, powiedzmy dwóch miesiącach jest w stanie oczyścić twoje ciało i sprawić, że wątroba, nasz główny filtr od zanieczyszczeń, zacznie pracować na odpowiednich obrotach?

Jesteśmy bombardowani toksynami z powietrza, z wody, z żywności i od wewnątrz, jak w przypadku amalgamatu w plombowanych zębach. I o ile chlorella i jej doskonały skład odżywczy nie wzbudza Twoich emocji, o tyle łatwa detoksykacja ciała, chyba już bardziej. A najwięcej pogodnej emocji wzbudza po prostu własne zdrowie. Albo lepiej, nie choruję.

Mogę teraz przytoczyć na prawdę długi szereg badań, które wielokrotnie potwierdziły jakie rzeczy może z nami wyprawiać chlorella. Oczyścić nas z kadmu, nasze nerki i wątroby będą znacznie mniej wchłaniały ołowiu i wydalimy go w kale. Z rtęci oczyści nas w 99% jeżeli skonsumujemy ją w towarzystwie rtęci. Dajmy na to z łososiem w sushi.

Ma właściwości antyrakowe, bowiem chlorella sprzyja apoptozie/śmierci komórek nowotworowych guza.

Oprócz tego w tej niewielkiej ilości pokarmu dostarczamy sobie wszystkich aminokwasów egzogennych, co podkręci nam całe pozostałe białko, które zjemy tego dnia, nawet to o nie pełnej puli aminokwasów. A to, szczególnie dla wegan, jest bardzo istotną zaletą. Dodatkowo inspiruje do odstawienia naprawdę fatalnej soi (tej niefermentowanej, czyli praktycznie całej).

W 2007 roku zasłużony mój idol  Majk Adams przez godzinę nawijał o właściwościach chlorelli w wywiadzie z dr Hankiem Liersem. Tego wywiadu też Drogiej Socjecie nie przytoczę, bo skonacie z nudów. Bowiem, co nas obchodzi chlorella?      ( 1 )

Ale mamy tylko jedną wątrobę. Od wątroby zależy, czy będziemy szczupli, albo otłuszczeni. Czy będą w nas siedzieć toksyny, czy je w końcu w ciekawych stolcach wydalimy.

Nie ma łatwiejszego środka na oczyszczanie naszych ciał, niż to dziwne, aseksualne pożywienie, które nikogo nie podnieca. Przecież nikt nie marzy, żeby z chlorellą wybrać się na miasto.

Moja rada jest taka, faktycznie nie podniecaj się chlorellą, bo nie ma specjalnie czym. Ale zapodaj sobie po 5 g chlorelli dziennie przez 3 miesiące i porównaj. Skutki będą już bardzo dobrze odczuwalne. I myślę, że one/skutki rzeczywiście mogą Cię podniecić.

Uwaga, lokuję produkt!

UWAGA! później dopisane, pod wpływem komentów:

Każda chlorella musi zostać pod ciśnieniem potraktowana, aby rozbić jej błony komórkowe i żeby mogła działać. Chlorella This is Bio oczywiście ma rozbite błony komórkowe.

Chlorella This is Bio zawiera mniej niż  10,2 alergenu feoforbidy (<10,2, a normy dopuszczają <60) To jest świetny wynik, o ile nie najlepszy.

Tym bardziej,

Osobiście polecam 100% organic chlorellę This is Bio, bo sama ją jem i wszyscy moi bliscy. A nie ma chyba lepszej rekomendacji, jak ta, że częstujesz tych, których kochasz.

Jem akurat tą, bo wiem co jest w środku. 100% organik chlorella. Nic więcej.

Serdeczności
pep

PS

Każda chlorella zawiera pewien alergen feoforbidy, a ta This is Bio, ma go bardzo mało, ale nawet jakby było zero, to i tak w przypadku każdego nowego pokarmu, trzeba zastosować środki ostrożności, albo najzwyczajniej w świecie przyzwyczaić powoli organizm do nowego pokarmu. Zaczynamy od jednaj tabletki pół gramowej i na tej dawce jesteśmy kilka dni, potem 2 tabletki i znowu kilka dni. Aż dojdziemy do codziennej porcji 5g czyli 10 tabletek. Oczywiście to dotyczy dorosłych. Nie jestem lekarzem, ale chlorella to pokarm, a nie lekarstwo, czy nawet suplementy diety.

Opublikowano Chlorella | Otagowano | 31 komentarzy

Dlaczego detoks organizmu może nas otruć?

pani z chłopakiemSok pozbawiony błonnika faktycznie będzie detoksem dla wątroby, ale pozbawione włókna toksyny dostaną się do jelita i zamiast wydalone z kałem, będą z powrotem wchłaniane przez ścianki jelita do krwi. Nastąpi kumulacja zatrucia. Ale o tym za moment.

Jolanta Państwu,

Święta otwierają ludziom wierzeje do zakazanej spiżarni. Praktycznie każdy się na to łapie w mniejszym czy większym stopniu. Dlatego tuż po świętach tysiące osób na świecie postanawia się nawrócić, albo po prostu wrócić do swojej zdrowej diety sprzed świątecznego obżarstwa. Jednak wielu planuje zrobić to na czysto. Co oznacza tylko jedno. Robię detoks.

Gdy onegdaj wrzuciłam posta o jednodniowym oczyszczaniu wątroby sokiem żurawinowym odezwały się kpiące głosy:

- A cóż to za detoks, jakaś słabizna. Nikt nie ma febry, nie rozwala mu sagana, ani nie łamie go w gnatach i pęcinach. Co to w ogóle za detoks? Jedna pani jak zrobiła prawdziwy, w sensie, że nie taki nikczemnie słaby jak opisany w pepsi wpisie detoks wątroby, to wypadło z niej kilkadziesiąt kamieni liczonych wraz z jej córką. Kamieniami z córki. To był prawdziwy detoks. Gorączkowały i wiły się.

Yyy … łi.

Może zacznę od tego, żeby zdefiniować detoks. Co to jest detoks? Ale o tym za chwilę.

Odkąd zaczęłam interesować się witarianizmem, tak naprawdę dopiero wtedy spotkałam się z pojęciem detoksu, tak jak go rozumieją wtajemniczeni. I muszę się Drogiej Socjecie przyznać, że od początku nie mogłam się pogodzić z tym, że podobno niezbędne cierpienia, które towarzyszą takiemu detoksowi, jak biegunki, migreny, kołatanie serca, łamanie w kościach, uczucie rozbicia, to faktycznie uzasadniony, a nawet upragniony kryzys uzdrawiania i im więcej męczarni przechodzisz, tym bardziej będziesz uzdrowiona.

Owszem zdarza się, że taki agresywny detoks jest niezbędny, dajmy na to, w przypadku ciężkich chorób. Wybieramy wtedy mniejsze zło i robimy go zawsze pod okiem licencjonowanego naturopaty i z indywidualnie dla nas dobranymi wskazówkami.

Nie można samemu zdecydować się na agresywny detoks wątroby, nerek, czy z metali ciężkich, do tego podparty jeszcze ziołowymi lekami do detoksu, gdyż nie można doprowadzić siebie do cierpienia i stanów chorobowych pod pretekstem leczenia ciała detoksem. To marna wymówka i można nawet z tego powodu odłożyć widelec.

Wracam do definiowania detoksu.

Aby zrozumieć dlaczego ludzie przy ekstremalnym detoksie czują się tak bardzo chorzy należy zrozumieć jak ten detoks działa. W dużym uproszczeniu chodzi o to, że wątroba filtruje toksyny z krwi, w tym leki, metale ciężkie, amoniak i inne substancje chemiczne.

W wyniku agresywnego detoksu, nagromadzone toksyny zostają gwałtownie wyrzucone z wątroby do jelita cienkiego. Czyli dostają się te toksyny do przewodu pokarmowego i mogą być szybko wchłonięte przez ściany jelita, co powoduje ostre zatrucie. A tak naprawdę re-zatrucie, czyli ponowne tymi samymi toksynami, które zostały już jakby wyrwane przez wątrobę z krwi.

Przy czym musimy pamiętać, że nasze nerki również usuwają toksyny, dlatego zdrowie i funkcjonalność nerek jest bardzo zależna od metali ciężkich szczególnie kadmu i rtęci. Dlatego przy okazji oczyszczania agresywnego wątroby może dojść do poważnego uszkodzenia nerek.

Jeżeli przechodzisz na dietę roślinną, witariańską na przykład i jesz całe owoce i warzywa, czyli razem z błonnikiem, to jego włókna będą miały tendencję do wyłapywania toksyn i wyprowadzania ich z kałem. Jest to łagodna i prawidłowa detoksykacja organizmu.

Ale jeżeli przejdziesz na dłuższą kurację sokami, żeby mocno przyspieszyć oczyszczanie to wpadniesz w pułapkę. Sok pozbawiony błonnika faktycznie będzie odkwaszał, czyli odtruwał wątrobę, ale pozbawione włókna toksyny dostaną się do jelita i będą zamiast wydalone z kałem, z powrotem wchłaniane przez ścianki jelita do krwi. Wystarczy poczytać mój wpis o truskawkach i chlorelli TUTAJ.

Jeżeli decydujesz się na długi detoks sokami owocowymi, co zawsze jest detoksem agresywnym, skutki takiego działania mogą okazać się katastrofalne.

Jeżeli pozbawiasz się błonnika, w rzeczywistości robisz sobie następujące w kolejności ziazi:

Zbierasz wszystkie metale ciężkie, toksyny i trucizny z organizmu, komórek, tkanek i narządów. Następnie koncentrujesz je w wątrobie (i żółci). Po czym wtłaczasz je z powrotem do jelita cienkiego, tyle, że wszystkie naraz. A to już może powodować ostrą toksyczność i silne zatrucie.

Taki detoks sprawia, że koncentrujesz toksyny, co czyni je jeszcze bardziej niebezpieczne niż były wcześniej.

Gdy pijesz dużo soku z marchewki, czy selera, a nie dostarczysz sobie w tym czasie w pożywieniu błonnika, spiruliny, chlorelli, albo glonów, czy też truskawek, a jeszcze dodatkowo bierzesz jakiś preparat ziołowy podkręcający detoks, to może rzecz okazać się dla Ciebie bardzo niebezpieczna.

Przez Twoje jelito może dostać się do Twojego organizmu bardzo poważne stężenie toksyn.

Ludzie dostają silnych biegunek, a potem mówią, detoks działa, czuję się o wiele lepiej. Tyle, że po uporczywej biegunce zwykle czujesz się lepiej. Nie koniecznie, żeby poczuć się zdrowo, trzeba wcześniej czuć się na prawdę źle. To nie jest dobre droga. Tak twierdzi Mike Adams.

Oczywiście soki owocowe i warzywne jako część codziennej zdrowej diety mogą być niezwykle uzdrawiające. Wręcz niewiarygodnie.

Należy mieć na uwadze ten prosty fakt, szczególnie przy agresywnym detoksie, że kiedy czujesz się zatruty w rzeczywistości oznacza, że jesteś zatruty. A nie, że jest to cudowny ozdrowieńczy kryzys, pożądany i oczekiwany.

Skrajne objawy detoksu, pomimo tego co mówią guru witarianizmu, że to dobrze, faktycznie oznaczają, że nie jest dobrze. Skumulowane zatrucie skumulowanymi toksynami nie oznacza dobrze. Oznacza jest źle.
Nie ufaj więc tym, którzy mówią, że cierpienie oznacza skuteczność.

Tak naprawdę każdy składnik naszego pożywienia i każdego dnia powinien być na bieżąco częścią oczyszczania i eliminacji toksyn żywnościowych i tych wynikłych z lajfstajla.

Jedzenie całej żywności, czyli wraz z błonnikiem, dużej ilości surowych owoców i warzyw, naturalnie, automatycznie i bez wielkiego halo eliminuje toksyny.

Regularna aktywność fizyczna. Kiedy się pocisz znacznie powiększasz zdolność do detoksykacji organizmu. Ludzie, którzy często korzystają z terapii w saunie są zdrowsi od tych, którzy nigdy się nie pocą.

Ludzie, którzy piją dużo odpowiednich płynów, również wydają się być zdrowsi. I to zdecydowanie, gdyż woda pomaga usunąć toksyny z nerek z największą wydajnością.

Konkluzja:
Detoks nie powinien oznaczać kryzysu.
Biegunka nie jest uzdrawianiem. Ani nic w tym guście.

W rzeczywistości, każda szklanka czystej wody, którą pijemy jest odtruwającym eliksirem. Każda łodyga selera, którą żujemy i połykamy jest detoksem.

Każda szklanka świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego, jako uzupełnienie diety z błonnikiem jest detoksem. Każdy zjedzony glon jest pożywieniem odtruwającym.

Każde ćwiczenie, które powoduje pocenie się jest jednocześnie naszym odtruciem. I każda wycieczka do natury i drzew też jest dla nas detoksem.

Nasze ciała są już zaprogramowane na detoks automatycznie, dlatego mamy wątrobę i nerki. A więc jeśli załapiemy się na zdrowy styl życia, organizm automatycznie będzie się odtruwał z każdym oddechem, każdym uderzeniem serca i każdym ruchem jelit.

Uzdrawianie nie powinno boleć.

Serdeczności
peps

 

Opublikowano Detoks wątroby, Detoks/Dotlenianie/Odkwaszanie | Otagowano , , | 25 komentarzy

5 dobrodziejstw z jedzenia buraków

buraki

Jedzenie buraków jest nam w stanie wskazać problem ze zbyt niską zawartością kwasu żołądkowego. Wtedy nasz mocz po zjedzeniu buraków zabarwia się na różowo. Ale o tym za moment.

Hej hej Ludziom w Święta,

Sorki, że zakłócam ten świąteczny dzień Ludziom, ale akurat wpadł mi w gałkę lekki i wręcz krotochwilny temat o buraczku. Więc wrzucam.

Właściwie wie się trochę o buraczkach, je się trochę buraczków, ale się na poważnie o buraczkach nie myśli. Bo są fajniejsze tematy do rozkminek, w tym bardziej egzotyczne.

Ale po krótkim zastanowieniu, co nam może faktycznie dać burak? Oczywiście pomijam spieczenie buraka, albo użycie jego soku do osobistego upiększania.

Burak liściowy, czyli tak zwana boćwina jest namiętnie wykorzystywany do zazieleniania porannych szejków witariańskich i to jest świetna okoliczność pro zdrowotna.

Ale dzisiaj chcę skupić się na buraczanej bulwie, która rośnie zarówno na obszarach tropikalnych, jak i umiarkowanych i potrzeba około dwóch miesięcy, aby burak stał się dojrzały do szamki.
Znane i doceniane były już dawno, bo przez starożytnych Greków i Rzymian, ci to mieli łby i kichawy, bo faktycznie buraki zawierają wiele witamin i minerałów. Ale dopiero niedawno buraki zostały przebadane pod kątem właściwości pro zdrowotnych i zostały w całej swojej buraczanej krasie docenione.

Co więc dla Drogiej Socjety może zdziałać taki burak?

1.
Poprawia zdrowie psychiczne

Zawiera betainę, jest to ten sam składnik, który jest używany przez lekarzy w leczeniu depresji. Oczywiście po przekształceniu go w lek, ale burak sam w sobie też by zadziałał. Innym doskonałym składnikiem buraka jest tryptofan, który okazuje się stwarza poczucie zadowolenia, a jednocześnie relaksuje umysł. Buraki są również doskonałym remedium na wysokie ciśnienie krwi, które stresuje organizm.

2.
Dostarczy Ci dużo witamin i składników mineralnych

Ponieważ buraki są bogate w witaminy z grupy B i żelazo, są szczególnie korzystne dla ciężarnych kobiet, ale oczywiście nie tylko dla nich. Oprócz tego, buraki zawierają dużo błonnika, fosfor, potas, kwas foliowy, beta-karoten, magnez, witaminę C i betacyanin.

3.
Burak pomaga oczyszczać organizm

Burak działa oczyszczająco wspierając wątrobę. Może również oczyszczać krew i prowadzi się badania na temat działania antyrakowego buraka. Na niektóre formy raka.

Jedzenie buraków jest nam w stanie wskazać problem ze zbyt niską zawartością kwasu żołądkowego. Wtedy nasz mocz po zjedzeniu buraków zabarwia się na różowo.
Opinie, że świadczy to o tak zwanym przeciekaniu jelita i teście buraczkowym są nieprawdziwe. Kiedy mamy zaróżowiony mocz musimy zwrócić uwagę na niedokwaśność treści żołądka.

4
Burak jest afrodyzjakiem

Starożytni Rzymianie cenili buraki jako afrodyzjak i głównie w tym celu je spożywali. Dzisiejsza nauka popiera tę rzymską praktykę. Badacze odkryli, że buraki zawierają duże ilości boru, pierwiastka, który odnosi się bezpośrednio do produkcji hormonów płciowych u ludzi.

5.
No i ostatnia korzyść z buraka. Burak w rzeczy samej zwiększa poziom energii

Cukier zawarty w buraku, ze względu na dużą ilość błonnika uwalania się powoli, co pozwala uzyskać stały poziom energii po spożyciu buraka. Co dziwniejsze, burak jest małokaloryczny.

Źródła 1234

Namawiam więc serdecznie Drogą Socjetę do codziennego korzystania z buraków w formie surowej, kwaszonej, tartej, a nawet gotowanej.

Wersja dla łasuchów no i nie witarian:

Burak pokroić w cienkie talarki, mżawką z oliwy go potraktować, albo oleju kokosowego i podpiec go w piekarniku. Można go przed zjedzeniem posypać solą himalajską.

Auwiderzeń Państwu
pepsin

 

Opublikowano Burak | Otagowano , , | 22 komentarzy

Słodka wielkanocna baba, czyli pepsi w świątecznej odsłonie

999

Z okazji świąt Drogiej Socjecie gorąco życzę tego czego Droga Socjeta sama sobie życzy. A tym niezdecydowanym życzę ślicznego życia.

Witam przedświątecznie Najdroższych Ludzi,

Słońce zaświeciło, postanowiłam, tak jak obiecałam, pobawić się się stołem w ogrodzie. Dworski stół przez całą zimę i kawałek wiosny, leżał odwrócony giczałami do góry, ze względu na porywiste wiatry na przednówku i dzisiaj postanowiłam go wreszcie odwrócić. Zaraz rozjechał się jak pepsi w szkółce łyżwiarskiej.

1Poodpadały blokady składanych kobyłek i miałam blat znowu w przyziemiu. Na szczęście G. swoimi cudownymi grabkami pana domu no i młotkiem naprawił mebel ogrodowy i dzięki temu powstały zajawki świątecznych aranżacji.

3

Stół w pierwszej kolejności został przytaszczony pod drzewko, dla zachęty, może zacznie w końcu rosnąć. Migdałowiec od nowości praktycznie nic nie urósł i jest nadal drzewkiem liliputem, ale dzięki temu jego konarki wkomponowały się w świąteczny designe.

5

Pakunki marchewki ze szczypiorkowym sznurkiem smakują raczej króliczkom, ale wyglądają ładnie na talerzu. Można wkomponować w taki pakiecik czyjąś wizytówkę na pastelowej bibułce, gdy chcemy gustownie i z taktem porozsadzać gości.
Sprawia mi dziecięcą radość zygzakowate nacinanie owoców kulistych i dzisiaj kiwi wygląda jakby w idealnie wyklutej skorupce świątecznego jaja.

99
Na stole może znaleźć się dosłownie wszystko co nie jest organiczne i co Drogiej Socjecie przyjdzie do głowy, pod warunkiem, że nazywa się zając, królik, kura, jajo, gęś i temu podobne. Będzie się Droga Socjeta przednie przedmiotem bawić.

222222
Nie w czasach wielkanocnych owe metalowe kosze kury, służą do przechowywania cebuli, która wygląda w nich świetnie i ma przewiew, zaś w czasach świątecznych pojemniki stają się koszami na owoce.

8
Tak długo nie było u nas na wsi słońca, że ananasy, które kupiłam do słit foci w końcu zjadłam i dzisiaj dekorują stół fajansowe wazy erzace.
Z zupełnie nieuzasadnionych powodów, nie byłam grzeczna, ani nic w tym guście, dostałam od pewnego Anglika paczkę czekoladowych jajeczek w lukrowej polewie.

9

 Już miałam prezent przekazać dalej, gdy w porę uświadomiłam sobie, że bez pastelowych jajeczek stół wielkanocny nie będzie doskonały.

2222

Gdyż o ile w święta zimowe królują mocne czerwienie i zielenie oraz złoto, o tyle wiosenne stoły świąteczne to pastelowe śliczne kolory, jak blade błękity, zielenie, żółcie, no i róże.

7

Wszystko spowite bladą mgiełką. Ależ słodka z pepsi się zrobiła wielkanocna baba.

9999
I tym kiczowatym świątecznym akcentem żegnam się z Drogą Socjetą, aż do śmigusa dyngusa.
Serdeczności

Jor pepsin

Opublikowano Styl życia | Otagowano , | 16 komentarzy

10 bardzo ważnych bonusów z Twojego biegania

detal2

Niektórzy ludzie pytali mnie, dlaczego zapisałam się na maraton, chociaż nigdy nie biegłam więcej niż dziesięć kilometrów do kupy i do tego głównie na bieżni, a nie w terenie? Odpowiadałam im, że jedynym powodem dla którego zdecydowałam się pobiec maraton była ciekawość, jak to jest przebiec maraton. Ale o tym za chwilę.

Joł, joł, ello, ello, a nawet jolusia Biegaczom, Kłusaczom, Truchtaczom, Lansadowcom i nie tylko ofkorsik,

Dla Drogiej Socjety nie jest żadnym niusem, że biegam, bo muszę.

Mimochodem wyleczyłam bieganiem silną nerwicę lękową, która objawiała się oprócz psychicznych ataków paniki, objawami fizycznymi nerwicy serca. Bardzo podobnymi do tych związanych z chorym sercem, chociaż moje nie było chore. Bo to moja psyche była chora.

Tymczasem całkiem przypadkowo wiele lat koszmarnego strachu zostało odcięte po czterech miesiącach biegania. Niestety z bieganiem jest tak, jak z większością specyfików wielkiej farmacji. Jesteś leczony gdy bierzesz leki, przestajesz brać, jesteś znowu chory.

Yyy …. tak.

Myślisz, że jesteś już mocny i świat nie jest w stanie Cię powalić, ani przede wszystkim osobisty sagan, a więc myślisz sobie krnąbrnie, żeby przestać biegać, bo już nie musisz. Nic bardziej mylnego. Musisz.

Bo po pewnym czasie powoli wracają niepokoje. Oczywiście nigdy nie decydowałam się sprawdzić czy do poziomu wyjściowego, bo od lat, najdłuższą przerwę w bieganiu miałam wymuszoną kontuzją i wynosiła trzy miesiące.

To oczywiste, że bieganie wzmacnia psychikę i daje poczucie szczęścia, więc nie konfabuluj sobie, że możesz przeleźć przez życie bez biegania, bo nie masz żadnej nerwicy. W tym lękowej. W rzeczywistości bieganie jest ponad chodzeniem.

Dziecko, które stawia pierwsze kroki staje na palcach i zaczyna biec, a nie iść. Bieganie jest naszą drugą naturą. Jest powrotem i najprostszym ratunkiem dla wszystkich, którzy są w stanie biegać.

Mędrzec Osho uważał, że bieganie jest medytacją ruchu, że jest dobrym rozwiązaniem dla człowieka zachodu, który nie potrafi medytować, a biegać potrafi każdy. Generalnie mam gdzieś sprawy duchowe, nie umiem z nich korzystać, więc dla mnie nie istnieją, ale mam rozum i ciało. A zarówno moja zryta psyche jak i cielsko łakną ukojenia. Zwykły kłus mi go daje.

Dawno temu, już pisałam o dziesięciu profitach z biegania, ale post schował się wśród setek innych, a dzisiaj na bazie tamtego powstał całkiem nowy. A więc koks.

Co daje bieganie?
10 profitów. Ważnych.

Jeden. Wyrazistość, skupienie, ostrość.

O co mi mniej więcej chodzi?
Bieganie wyostrza organizm i nie mam teraz na myśli mięśni. Skoro jesteś nastawiony na bieganie, starasz się dotrzymywać kroku przez siebie wyznaczonego, nie chcesz aby zabrakło ci powietrza i nie planujesz skurczów w nogach. Stale chcesz być pewny swoich zasobów biegaczych, w związku z tym okazuje się, że na każdym kroku zaczynasz ćwiczyć swoją ostrość. To skupienie twojego organizmu ćwiczone praktycznie każdego dnia sprawia, że stajesz się ostry. Bieganie jest jednym z najlepszych fokusowych wzmacniaczy z którymi możesz mieć w życiu do czynienia. Fakt, że twoje ciało jest coraz sprawniejsze i lepsze jest właśnie konsekwencją stale ostrzonego skupienia

Dwa. Dyscyplina

Uwierzcie, bieganie nie jest przereklamowane. To nie jest żadna Wielka Rzecz, że wychodzisz z łóżka, zakładasz buty, albo nie i idziesz biegać. Jednak fakt, że robisz to nieustannie, dzień po dniu staje się faktycznie Wielką Rzeczą. Gdyż potrzeba właśnie dyscypliny, żeby to robić.

Trzy. Świadomość

Nie możesz uruchomić autopilota. Musisz uważać gdzie wylądujesz z następnym krokiem. Podążasz pewną drogą, a jeżeli robisz to stale, dzień po dniu pewien rodzaj świadomości zaczyna się w tobie budować. Nie mam na myśli jakiegoś zmuszania się do tego, ale po prostu bycie obecnym robi się zsynchronizowane z bieganiem. I właśnie od tego dnia, kiedy na tym polu poczułam się pewniej, uruchomił się całkiem samoistnie właśnie taki rodzaj medytacji ruchowej o którym wspomina Osho, muwing medytejszyn i moje stany lękowe zaczęły słabnąć.

Cietyrje. Nieograniczona wolność

To już zalatuje oczywiście truizmem, ale będę kontynuować. Do biegania nie potrzebujesz wiele, albo nawet nic. Kłus nie wymaga wręcz żadnego sprzętu, byle jakie buty lub zgoła na bosaka i możesz to zrobić dosłownie wszędzie. Ulicami miast, ścieżkami górskimi, czy leśnymi duktami. Nawet na bieżni.

Piać. Poprawa metabolizmu

Bieganie mamy dosłownie we krwi. Tak jak napisałam wcześniej, dzieci zaczynają biegać na palcach, a nie chodzić pięta palce. Jeżeli porównasz bieganie do współczesnego stylu życia, to zobaczysz ogromną różnicę. Biegając jednocześnie tworzysz ze swojego organizmu niezawodną i o wiele zdrowszą biologicznie maszynę. Jesz owoce i warzywa, a potem perystaltyka Twoich jelit i szybkie trawienie sprawiają, że zaraz się wypróżniasz. Masz stale czyste kiszki.

Siks. Odchudzanie

To działa dwutorowo. Dużo biegasz, masz przyspieszony metabolizm i pozbywasz się szybciej tłuszczu. I drugi tor. Chcesz dużo biegać to czujesz, że musisz mniej ważyć i patrzysz z czego żyjesz. Czyli na to co jesz. Sprawdza się bardzo 811. Tak jest najprościej.

Sewen. Rozwiązywanie problemów

Podczas biegania masz dostęp do dużej części mózgu, która zwykle zajęta jest wykonywaniem innych czynności. Jeżeli masz biegać pół godziny, czy jedną, czy dwie zawsze pozwól umysłowi swobodnie wędrować. To niejakie odpuszczenie często prowadzi do niespodziewanych rozwiązań twoich problemów, w tym tych najbardziej irytujących. Moja głowa pracuje dla mnie mimochodem za każdym razem kiedy biegam.

Óśm. Zrozumienie, empatia, współczucie

Kiedy dajesz z siebie dużo na treningu, leje się z ciebie pot i czujesz, że jesteś bardzo wyczerpany, rodzi się w tobie rodzaj współczucia dla innych ludzi. Stajesz się bardziej otwarty, wyrozumiały i cierpliwy. Każdy się z czymś zmaga, każdy ma swoje wyzwania i każdy tak jak ty ma swoją linię mety. Wszyscy jesteśmy tak na prawdę w tym osamotnieni.

Djewjać. Równowaga emocjonalna

Gdybyś miał być przez dłuższy czas bardzo zły, albo wystraszony, albo kiedy byłbyś nawet w depresji, to zabrakłoby ci paliwa na bieganie. Jeżeli byś w tym siedział i grzebał, to bezwzględnie nie starczy ci paliwa na bieganie. Bowiem zużycie emocjonalne tego kalibru potrzebuje bardzo dużo paliwa. Brak energii jest podstawową blokadą wielu ludzi przed zmianami w swoim życiu.

A także wzbranianie się przed bieganiem jest przyczyną utraty energii, która poszła na coś innego. Jednak ty decydujesz się biegać wbrew temu wszystkiemu. Skądś, ni ewiadomo skąd wysupłujesz tę energię, która jest potrzebna do biegania. I te starania, powodują, że odbierasz energię niezbędną do martwienia się, depresji i stanów lękowych i przekazujesz ją bieganiu.

I wtedy następuje swoista równowaga. Bowiem dzięki bieganiu będziesz mógł zawsze zobaczyć swoje problemy z pewnej perspektywy i często zrezygnujesz z wyciągania pochopnych wniosków, aby wejść w oświecenie.

Bieganie zawsze daje równowagę.

No i djesjać. Długoterminowe planowanie

Tę korzyść zostawiłam na sam koniec, bo przychodzi dopiero po pewnym okresie biegania. Kiedy nieśmiało zaczynamy o sobie myśleć. Tak, chyba jestem biegaczem. Jeżeli dużo biegasz musi przyjść ci w końcu do głowy pomysł, żeby się zmierzyć w jakimś biegu. Zwykle zaczynasz marzyć o swoim pierwszym w życiu maratonie, czy też półmaratonie.

To jest wielkie wyzwanie dla biegacza amatora i chcąc nie chcąc musisz zacząć planowanie z wyprzedzeniem, aby się do tego przygotować. Stajesz się cierpliwy i metodyczny, co nawet ciebie samego dziwi, gdyż już samo szkolenie do takiego wydarzenia może trwać parę miesięcy.

Niektórzy ludzie pytali mnie, dlaczego zapisałam się na maraton, chociaż nigdy nie biegłam więcej niż dziesięć i pół kilometra na raz ( trzy okrążenia krakowskich błoń) i do tego przede wszystkim biegałam na bieżni, a nie w terenie. I stukali się w głowę. Odpowiadałam im, że jedynym powodem dla którego zdecydowałam się pobiec maraton była ciekawość, jak to jest przebiec maraton.

Kiedy wyobrazicie sobie idealnie kulistą postać, która przyszła, a może wtoczyła się do klubu fitness i ledwo szła na bieżni, niezgrabną, ciężką i nieskoordynowaną ruchowo pepsi eliotkę, w sensie ścisłym zaprzeczenie skupienia i ostrości. To zrozumiecie, że moim największym problemem była szybkość, a dokładniej jej brak.

Jakby kiedykolwiek przyszła Ci ochota na przebiegnięcie maratonu, musisz sobie uświadomić, że masz na to (w Polsce) maksymalnie pięć i pół godziny. Gdyż maruderzy, którzy nawet dotrą do mety poza tym czasem i tak nie będą sklasyfikowani.

Jeżeli nie będziesz umiał osiągnąć jako takiej szybkości, nie ma co nawet myśleć o maratonie. Swego czasu, przychodziłam na paczkę, nastawiałam na bieżni czas 50 minut i po prostu biegłam ile się w tym czasie pobiegło i nie było znaczącego progresu.

Postępy zaczęły się dopiero wtedy, kiedy zmieniłam metodę i zainaugurowałam nastawianie na bieżni 10 kilometrów, czyli dystans, a nie czas.
Sama z siebie zaczęłam szybciej biegać, chcąc po prostu skrócić trening.
Tak działa mój organizm we wszystkim. Jak najszybciej wykonaj zadanie i zacznij wreszcie odpoczywać!

Mniej więcej po dwóch latach biegania, mnie to zajęło, aż tyle czasu, gdyż na prawdę materiał początkowy był beznadziejny, postanowiłam przymierzyć się do maratonu. Kupiłam odpowiednią prasę o bieganiu i przeczytałam jedno zdanie, które wlazło mi natychmiast do świadomości.
Wystarczy jak biegasz 50 kilometrów tygodniowo, to masz wszelkie parametry spełnione, żeby przebiec maraton. Nikt nie wspominał, że to ma nie być bieżnia.

Biegałam wtedy zwykle tydzień w tydzień 50 kilometrów, w tym kilka razy w plenerach, a resztę na bieżni. W końcu pobiegłam i przebiegłam maraton w czasie czterech i pół godziny. Dla innych biegaczy, to jakiś marginalny wynik. Wynik kiszka. A dla mnie osobiście to niesamowity wyczyn.

Tocząca się kula, człowiek bania, niezgrabny i koślawy, wuefowe popychadło przebiegło czterdzieści dwa kilometry, bo się w końcu za siebie na poważnie zabrało.

Jeżeli ktoś chciałby zapytać mnie o zdanie, to powiedziałabym – Chcesz pobiec maraton?

Wcześniej poznaj samego siebie, upewnij się, że masz zdrowe serce, pobiegaj sporo z pulsometrem i przejdź na dietę 811. A potem, kiedy już się zdecydujesz i staniesz na starcie z setkami/tysiącami innych ludzi, podobnych do Ciebie, poczuj tę niesamowitą moc, ale nie próbuj niczego sobie na siłę udowodnić. I jednak nie patrz na innych.

Jeżeli nie możesz przez chwilę biec po prostu idź, podejmij decyzję, że będziesz szedł, ale nie kończ maratonu tylko dlatego, że chwilowo nie możesz biec. Nie porównuj się z innymi, bo to jest Twój maraton i Twoja sprawa. Zachowaj spokój i nie przerywaj.

Obecnie biegam dużo więcej w terenie, biegam w lesie, a w górach choć się tylko ledwo wspinam podrygując, udaję, że biegnę. Zdarza mi się bez powodu biec parę godzin, ale nie zapisuję się na żadne biegi.

Po prostu biegam, bo muszę.

Ale właśnie po tym, jak ma się już za sobą maraton przychodzi jedna z najpiękniejszych myśli o tym biegu wyzwaniu.

To już nie jest coś niezwykłego, to jest po prostu to, co zrobiłeś.

Pa Państwu
Peps

 

Opublikowano Bieganie | Otagowano , , | 47 komentarzy

Widzieliście lwa, który chce mniej seksu niż lwica?

5Albowiem penis zamieszkujący chętnie i bez pierwotnego krzyku męskie stringi nie zachował w sobie już nic z genotypu sierściucha. Nie tęskni za wolnością, gdyż urodził się w niewoli. Ale o tym za chwilę.

Cze Państwu,

Komentarze pod moim wpisem o mężu tu, od którego głównie zależy szczęście małżeńskie nasunęły mi chęć wypowiedzenia się w temacie.

Wszystko rozchodzi się o to, że ludzie będący w związkach, pomijam jakieś patologie społeczne, z niewiadomych przyczyn zaczynają reagować histerycznie, czyli nieadekwatnie do faktycznych nieporozumień, czy nawet konfliktów. Najbardziej dziwaczne i niespójne są wyobrażenia o tym jak powinien idealny związek wyglądać, a tym co faktycznie jesteśmy w stanie w naszym związku osiągnąć.

Kiedyś mężczyzna był stale podszyty sierściuchem, czyli chciał kopulować. Najchętniej jak najczęściej. Seks, nawet małżeński działał na niego jak balsam, odstresowująco i lepiej mu się później zasypiało. Seks małżeński praktycznie nie miał dla niego żadnej konkurencji. Wieczorem dajmy na to nie wolał niczym innym się zajmować.

To on w domu robił za tego od rozbujanej potencji, a jego żona z kolei robiła uniki. Czyli boląca głowa i temu podobne wymówki. Mąż myślał, że jakby trafił na partnerkę seksualną żyletkę, to byłby o wiele szczęśliwszy. Faktycznie tkwił w błędzie.

Mężczyzna to samiec, a my postępujemy jak samice. Kiedyś miałyśmy atrakcyjny towar w ofercie, czyli własne dupki i można było coś nimi ugrać. A oni mieli teścia pod dostatkiem, którego wystarczało nawet na długie małżeństwo. No i nie było dla seksu małżeńskiego specjalnej konkurencji, szczególnie w domu. Gdyż poza domem zawsze była spora oferta.

W pewnym momencie kobiety pozakładały własne biznesy, albo tylko włączyły telewizory, nakupowały poradników i stosownych książek, o mą Die, nie że romansów, były ponad to ofkorsik. Kobiety jednym słowem zobaczyły nowe wzorce, że małżeństwo ma dawać o wiele więcej niż sądziły ich babki, czy nawet matki.

Zaczęły się oczekiwania. Kobieta zechciała, żeby jej życie seksualne też było w jej mniemaniu doskonałe, jak firma, albo awanse w korporacji. Jednym słowem zaczęły się oczekiwania i porównywania do zmyślonych ideałów. Ma się rozumieć, że z kopulacją częstą i obfitującą w symultaniczne orgazmy.

I co się okazało? Że zadbana, w koronkowych desusach i stale chętna do seksu żona, dająca to i owo do zrozumienia, a nawet domagająca się powinności, a na drugiej szali dziesiątki fajnych rzeczy konkurencyjnych, jak net z fejsbuniem i inne atrakcje, sprawiły, że mężczyzna mąż nagle przestał mieć ochotę. Szczególnie na nią. Albo nawet na żadną inną, w tym momencie.

Facet, któremu nie dano, jest trochę zły i zajmie się czymś innym. Ale laska/żona, która nie dostała tego czego chciała, teraz, zaraz? Następuje reakcja histeryczna i nieadekwatna do zaistniałej sytuacji. Obrażanie się, fochy, a nawet poczucie, że moje życie nie jest idealne. Że inne kobiety, te na filmach, w serialach i w książkach mają życie prawdziwe, a tutaj tylko te namiastki i erzace.

Oczywiście nie chcę pominąć faktycznych potrzeb seksualnych, które są naturalne i świadczą o naszym zdrowiu. Tymczasem nie ma idealnie dobranych ludzi pod względem potencji seksualnej w dłuższym okresie życia. Wiadomo, że pomijam początkowy etap związków, kiedy wszyscy i stale mają na coitus ochotę. W późniejszym życiu zawsze pojawią się dysproporcje, które mogą wynikać, albo z różnicy temperamentów, albo stanu zdrowia. W tym psychicznego.

Jeżeli żona daje stale do zrozumienia, a bywa, że napomknie o tym w towarzystwie, w jej mężu rodzi się bunt. Blokada. To on miał mieć nieposkromioną potencję. Dochodzi do takiego absurdu, że im więcej jedna osoba chce, tym bardziej druga stawia opór.

Ale kiedy samica nie chce, to jest to jakby wpisane w naturę, pierwotność, dla mężczyzny do wybaczenia, czy chociażby zrozumienia.

Ale kiedy to on nie chce, zaczyna być problem. I dla niej i dla niego. Bo to jest wyłamanie się z wzorców i schematów. Widzieliście lwa, który chce mniej niż lwica? Widzieliście barana, koguta, kozła, szympansa? Żeby jego partnerki chciały więcej kopulacji?

Ona jest nieszczęśliwa, bo to burzy jej wizję idealnego związku. Przy czym nie wykluczam autentycznej ochoty na coitus. A on dokładnie to samo. To, że ona chce więcej, burzy jego osobiste wyobrażenie o związkach i kobiecie. I o sobie samym. Po drugie jemu się autentycznie odechciało.
- Może chory jestem? Może mam za mało testosteronu?
I w końcu:
- Nie lubię tej nachalnej laski.

Czy można jakoś rozwiązać ten problem? Moim zdaniem tak i to bardzo prosto.

Zejść na ziemię.

Rzucić gałką mniej histeryczną, nie obrażać się i nie porównywać. Jeżeli mąż Drogiej Socjety jest fajny, miły i jest tak naprawdę i w gruncie rzeczy w Drogiej Socjecie zakochany, to dać mu żyć z jego własną potencją. Tak jak chce.

Seks w wydaniu męskim nie może być poświęceniem. To jest misja dziejowa kobiet. Jesteśmy do tego dziejowo przyzwyczajone. Dobrze nam to wychodzi i potrafimy radzić sobie dupką w razie czego bardzo dobrze.

Są utensylia, jest internet i temu podobne. Można bardzo łatwo uzupełnić braki seksu, w tym orgazmów i odczepić się w końcu od swojego hasbendsa. Dać mu żyć. Bo jeszcze uwierzy, że coś z nim jest nie tak. A to tylko zwykła odpowiedź penisa na dziejowe zmiany.

Co do mężów, którzy chcą więcej to bezet. Dadzą sobie radę. Nic im nie będzie, bo są do tego jako samce dziejowo przygotowani.

No a co z tą niepotrzebną histerią? Wyluzuj, więcej stoicyzmu, doceń tę miłą osobę, która jest obok ciebie i skontaktuj się z nią na wyższym poziomie. Piękną myślą.

Na koniec wrzucam fragment z mojej nowej książki (jeszcze przed korektą) Złe. Może przykład Pola i Jeloła coś jeszcze rozjaśni?

(…) Stuprocentowi plejboje nie zatrudniali się w trustach, sami niejako posiadając mniejsze, a niekiedy większe kartele, stajnie, przystanie i temu podobne. A więc półplejboj Pol nie był w żadnym razie podszyty zwierzęciem. Mieszkając na stałe w Antwerpii dowodził belgijską odnogą korporacji, właśnie jako twór ostatecznie skończony, gdyż pojedynczy.

Nie posiadając drugiego ja, stał się garniturowcem perfekcyjnym. Bez cienia sierściucha w swoich stringach. Zresztą natura sierściucha i męskie stringi stanowiły podobny nonsens, jakby gorylowi nizinnemu kazać wynieść się z dorzecza Konga. Do wypasionej garsoniery z widokiem na Wisłę.

Dużo szkła i nierdzewnego metalu, a on z tą swoją wielką głową, umięśnionym ciałem pokrytym brunatną sierścią, z ostrymi kłami i wagą dwustu kilogramów miałby czuć się komfortowo skacząc po kanałach. Zamiast między konarami.

Albowiem penis zamieszkujący chętnie i bez pierwotnego krzyku męskie stringi nie zachował w sobie już nic z genotypu sierściucha. Nie tęsknił za wolnością, gdyż urodził się w niewoli. Gapił się nierozumnym okiem na chude dupki modelek i sądził, że ta bardzo średnio satysfakcjonująca kopulacja to standard.
Że zaistniałą sytuację awerejdż koitus jak najbardziej należało akceptować.

Jednak i tak kopulację biły na głowę rzeczy w typie regat szybkimi żaglóweczkami i niskie dźwięki wyścigówek z dwunastoma cylindrami. Naprawdę z niczym tego pierdzenia nie można było porównać.

Dlatego Pol Smys stanowił eksponat wzorcowy. Przedstawiciela spełniającego warunek o wyjątkach wśród samców. Nie będąc podszytym w najmniejszym procencie sierściuchem, kimś zawsze być musiałeś, jawił się więc okazem idealnego przedstawiciela plemienia garniturowców.

Archetyp kaszmirowego surduta Pol, samiec w stringach. Algorytm symbiozy człowieka i przedmiotu. W rzecz wstąpić.

Tymczasem gdyby Senegalczyka Żółtego ściskano imadłem, to i tak nigdy w życiu nie założyłby dobrowolnie na swój odwłok stringów. Osobisty penis nigdy by mu podobnego dziwactwa nie wybaczył.

Dlatego arbuz, którego dostał od Skarlet mógł sobie być arbuzem, ale tak czy siak, kakaowiec musiał w końcu zacząć uprawiać koitus. Albowiem sierściuch, chociaż umieszczony w wygodnych bokserkach nie mógł dłużej znieść dalszego celibatu. Zresztą dachołaz, czy goryl tkwiący w mężczyźnie nie rozumiał pewnych cywilizacyjnych ograniczeń. Wydawały mu się sztuczne i głupie, gdyż jak można nie kopulować? (…)

Łi
Serdeczności
peps

Opublikowano miszmasz, Mężowie i Żony | Otagowano | 22 komentarzy

Jak idealnie zerwać w sensie rzucić męża

rzucać jak dziewczyna

Od zawsze egzystują dwie fundamentalne zasady idealnie przeprowadzonego zerwania/rzucenia i o tym za chwilę.

Hejusia, wieczorny wpisik z serii absurdum, czyli mężowie i żony.

Cykl mężowie i żony, to nowa zakładka, która powstała na tym blogu i zalicza się  oczywiście do lajfstajla, ale weszła w miszmasz. Kolejność taka, nie inna, czyli, że nie żona pierwsza, tylko ze względu na fajniejszy fonetyczny brzęk, a nie z powodu ukrytych podtekstów.

Jesteśmy bardzo różne od mężczyzn, ale jednak na tyle podobne, że jakby tylko im się chciało bez problemu mogliby nas zrozumieć. My zresztą też mogłybyśmy to zrobić w rewanżu. W sensie, zrozumieć mężczyznę. Żeby tylko nam się chciało.

Jest oczywiście jedna podstawowa różnica, która nas dzieli. To jest rzucanie. W sensie dosłownym i w tym drugim znaczeniu.

Już na lekcji WF-u w podstawówce widać, a chłopcy patrzyli z niedowierzaniem w jaki sposób ich koleżanki rzucają. Czymkolwiek, czy piłką, czy innym utensyliem. Rzucanie czymkolwiek, w tym kamieniem, i łatwe dla chłopców robienie kaczek, jest dla dziewczynek tak nieporęcznym zajęciem, że właściwie rzucanie jest zamiarem, przyłożeniem, ale pozbawionym efektów.

Dopiero pod koniec gimnazjum któraś z dziewczynek, jedna, góra dwie zaczynały w miarę rzucać piłką, a nawet serwować.
Dlaczego dziewczynki są takimi pokrakami przy rzucaniu? Bo rzucają jak dziewczyny, a to jest niepojęte dla nikogo zjawisko.

Potem nadchodzi życie i niektóre dziewczynki nagle stają się specjalistkami od rzucania.

Dzisiaj nauczę Drogą Socjetę w jaki sposób kulturalny, szykowny i z taktem, a nawet zgodnie z mainstream’owymi trendami rzucić męża.

Kiedy decydujemy się z sobie znanych powodów, patrz, dajmy na to, wpis wczorajszy, na zerwanie z osobistym mężem, albo narzeczonym, czy też tylko chłopakiem należy zastosować technikę zwalniania ze stanowiska zgodnie z obowiązującym przy takich okazjach znieczulającym dreskodem.

Nie jesteśmy przecież okrutne. Co w praktyce mniej więcej przebiega następująco.

Mówimy:
- Dajmy sobie Jerzy trochę czasu na przemyślenie pewnych spraw. Najlepiej osobno, gdyż oboje potrzebujemy przestrzeni. Podkreślam, oboje! Dodatkowo mam wrażenie, że nie jestem dla ciebie Jerzy dość dobra, albowiem ty zasługujesz na lepszą. Proponuję, wstępnie się rozwiedźmy, a potem się zobaczy.

Od zawsze egzystują dwie fundamentalne zasady idealnie przeprowadzonego zerwania.

Po pierwsze, nigdy nie należy mówić, że się osobę rzucaną przestało kochać, wręcz przeciwnie, należy stwierdzić:

- Kocham cię Jerzy w tym momencie jeszcze bardziej niż kiedykolwiek, a nasze prognozowane niejako rozstanie, przecież wiesz, spowodowane jest głównie altruistycznymi inklinacjami. Właściwie sam sobie jesteś winien Jerzy, bo byłeś do tego stopnia idealny, że tak niedoskonała jak ja osoba, czuła się przy tobie, akurat ze swoją wadliwością nieswojo. Co właśnie muszę przemyśleć. Oczywiście najlepiej na osobności rozciągniętej w czasie.

Drugą również ważną maksymą, przy prawidłowo przeprowadzanym, czyli najmniej inwazyjnym zwalnianiu męża ze stanowiska mąż, jest pójście w zaparte. Nigdy nie należy się przyznawać, że ewentualnie, ależ to niedorzeczność, mógłby być ktoś trzeci. Dajmy na to, ktoś o mocnej muskulaturze i litym owłosieniu płatów czołowych mający wpływ na to całe zamieszanie.

- Znasz mnie Jerzy, nigdy, przenigdy nie związałabym się z kimś za twoimi szerokimi plecami. Doskonały trójkąt, ćwiczyłeś coś może niedawno? Ale do rzeczy, przenigdy.

 

Uwaga, jutro felczerka pepsi napisze  jak kulturalnie rzucić żonę. Subskrybujcie!

Dobranoc Państwu
Jor pepsik

Opublikowano Mężowie i Żony | Otagowano , | 8 komentarzy

Czajna Stadi część III, mój punkt widzenia

DSC03662Krytycy pracy Campbella, w tym Denise Minger, 23-letnia filolożka mają nadzieję i chętkę znaleźć błędy w pracy przeglądanej przez naukowców z Oxford University, Cornell University i Chińskiej Akademii Medycyny Prewencyjnej. Ale o tym za chwilę.

Hejstwo Społeczności wątpiącej i pewnej swojego zdania, jak samurajskiej katany,

Postanowiłam sobie, że jak nikt się nie upomni o dalszą/obiecaną część moich dywagacji o China Study, to nie będzie wpisu w tym temacie. Ale kilka osób się o wpis upomniało. Więc jest.

Jeżeli chodzi o ostatnią zagadkę Gdzie jest Pepsi?, to w mojej subiektywnej ocenie wygrała Kasia Z., chociaż trafiła jak kulą w płot, ale tendencyjnie wybrałam Ją, bo nie odpuszczała, pomimo, że nie wiedziała, a jednak walczyła o Znachorów.
Kasiu Z. wypełnij formularz zakupowy Znachorów, czyli uzdrawiającej manify, z dopiskiem konkurs. Gratulacje.

Jednakowoż widzę, że moja książka natenczas nie jest dostateczną zachętą, żebyście masowo komentowali moje posty, więc nie pozostaje mi nic innego, tylko napisać nową książkę. Uśmieszek.

Ale teraz do istoty rzeczy

Generalnie było tak, że zarzuca się (Kto zarzuca? To też jest istotne pytanie) Campbellowi tendencyjność we wnioskach w swoim wielkim chińskim badaniu, gdyż niejako i jak pierwszy z brzegu naukowiec zrobił sobie odgórne założenia. A to raczej błąd jest, bo można nie dowieść tego czego by się chciało.

Ależ pospolity jest ten Campbell.

Dr. Campbell podobno założył, że białko zwierzęce jest nie halo. Potem już było z górki. Odrzucał czy też wypłaszczał dane, które nie pasowały do teorii, a te które potwierdzały rzecz uwypuklał.

Yyy …. łi.

Do tego wszystkiego pod nieprzyjemną kazeinę (białko mleczne) w połączeniu z aflatoksyną fatalnie rakotwórczą pleśnią ( przy czym nie sama pleśń jest dla nas szkodliwa, tylko produkty jej przemiany materii, czyli trujące mikotoksyny, o których wspominałam wczoraj w kontekście wątroby). A więc pod nieprzyjemną kazeinę, podłączył całe białko zwierzęce.

Zarzuca mu się również, że nawet w tym przypadku przedstawił wyniki tylko części doświadczeń. Tych potwierdzających.

Dodatkowo wali się go po saganie za to, że nie napisał złego słowa o pszenicy, a raczej o białku roślinnym, zwanym glutenem. Nie zająknął się w tym temacie.

No właśnie, a kto go krytykuje?

Facet zajmował się przedmiotem dziesiątki lat, po czym zebrał rzecz w książkę, która została adresowana do prawie laika. Czy mógł w niej umieścić wszystko? Czy nie musiał podjąć trudnych decyzji eliminacji?

Oraz nie zapominajmy o jednym istotnym aspekcie, mianowicie o cenach wołowiny. Jaki ta książka może mieć, miała i ma wpływ na sprzedaż, podaż i popyt na wołowinę, albo produkty mleczne z kazeiną? Bo wiadomo, że nie wszystkie zawierają akurat to białko mleczne, tak jak nie wszystkie zawierają laktozę, czyli cukier mleczny. Ale dla amatorskiej części społeczeństwa nabiał to nabiał.

Książka China Study, dr T. Colin Campbell stała się wydarzeniem. Uzyskała ogromną, jak na dzieło w końcu popularno-naukowe, czy zgoła naukowe ilość czytelników. Było realne zagrożenie poruszenia giełdą spożywczą.

Hajs to raz, ale nie chcę być tendencyjna i założyć z góry, że powstała jakaś anty teoria spiskowa. Dlatego dotarłam do źródeł, czyli do tego, jak Campbell i inni naukowcy, którzy zgodzili się z nim, odpierają te (o których pisałam w części I i II na temat chińskiego badania) zarzuty.

Czyli TUTAJ CZĘŚĆ ITUTAJ CZĘŚĆ II

Krytycy pracy Campbella, w tym Denise Minger, 23-letnia filolożka mają nadzieję znaleźć błędy w pracy przeglądanej przez naukowców z Oxford University, Cornell University i Chińskiej Akademii Medycyny Prewencyjnej.

Łi.

Profesjonalni naukowcy, którzy muszą pracować w najbardziej rygorystycznych standardach w środowiskach akademickich nie mogli się przyczepić, ale mały internet owszem. Ale to dobrze, tak działa dzisiejszy świat, że każdy z nas może pogadać, przywalić, dotknąć swojego, albo lepiej cudzego guru.

Tylko proszę Ciebie, nie podejrzewaj mnie o stronniczość, bo raz mówię o naukowcach, jak o sprzedajnych pannach, a teraz nagle gloryfikuję ich autorytety. Wszystko rozchodzi się o to, czy na tym ktoś może zarobić. A jak tak to kto? Nie widzę tutaj wielkiego interesu. Raczej potężną stratę, jak ludzie w to uwierzą i się przestraszą.

Tak naprawdę krytyka dokonania dr. Campbella przez domorosłych erudytów, jest jak ukąszenie komara.
Co nie znaczy, że należy ignorować kąsanie komarów.

Przede wszystkim wyłaniają się takie zagadnienia, jak:

Nie zrozumienie celów, czyli powodów z jakich książka została wydana.
Nadmierne poleganie na niedostosowanych korelacjach, które zostały udostępnione w bazie China Study.
Oraz niedostrzeżenie znacznie szerszych konsekwencji w wyborze stylu życia, a przede wszystkim diety.

Wielu ludziom wydaje się, że rozumują prawidłowo i logicznie, ale wystarczy, że zrobią jakiś błąd w założeniach, albo zwrócą szczególną uwagę, na faktycznie rzecz drugoplanową, to całe ich rozumowanie będzie błędne. Na tym polega sofizm, czy też moje ulubione słowo, za którym inni nie przepadają, czyli kazuizm.

Trzeba być prawdziwym mędrcem, żeby nie wpaść w sidła kazuizmu.

 Nie zrozumienie książki, to raz.

Odkrycia, opisane w China Study nie są oparte wyłącznie na danych ankietowych przeprowadzonych w Chinach. Nawet jeśli ta ankieta była najbardziej kompleksowa i największa, jaką kiedykolwiek przeprowadzono na ludziach, a nawet w ogóle. W książce Campbell wyciąga wnioski z kilku rodzajów ustaleń, ponieważ dostrzegł spójność pomiędzy wynikami, które mają największe znaczenie.

Przede wszystkim ta obszerna praca miała jeszcze bardziej obszerne podwaliny. Były to biochemiczne wnioski wyciągane z wpływów kazeiny na raka u zwierząt doświadczalnych, w warunkach laboratoryjnych, co tylko częściowo zostało opisane w książce.

W rzeczywistości i na podstawie wielu doświadczeń, okazuje się, że to co szkodzi niektórym zwierzętom, również jest bardzo niekorzystne dla człowieka. Natomiast wyniki doświadczeń laboratoryjnych były tak przekonujące, że założono iż można będzie odnieść je do człowieka. Chodziło oczywiście o składniki odżywcze, a potem odpowiedź organizmu chorobą, czy zdrowiem.

Zagadnienia, którymi się zajęto to kontrola ekspresji genów odżywczych, multi- mechanistycznej przyczynowości, odwrócenie rozwoju raka, ale nie odwrócenie jego inicjacji, szybkość reakcji odżywczych i temu podobne.

Zasady/odkrycia/wnioski – te okazały się bardzo podobne, co pozwoliło uogólnić stwierdzenie o ogromnych korzyściach zdrowotnych ze spożywania żywności pochodzenia roślinnego.

Należy mieć na uwadze również ten fakt, że zanim rozpoczęto chińskie badanie, wcześniejsze opracowania laboratoryjne na zwierzętach, były szeroko publikowane w najlepszych recenzowanych czasopismach.

Te wyniki pozwoliły na ustalenie biologicznych prawdopodobieństw, a jest to jednym z najważniejszych filarów ustanawiających niezawodność badań epidemiologicznych. Wiarygodność biologiczna ma swoją definicję ustaloną przez pioniera epidemiologii, Sir Bradforda Hilla i jak ktoś ma czas i chęci, może rzecz rozkminić bardziej. Mnie się chciało.

Niestety, właśnie kwestia wiarygodności biologicznej zbyt często umyka uwadze statystyków i epidemiologów, którzy uwielbiają liczby/statystyki i wolą je od zjawisk biologicznych.

Dr. Campbell twierdzi, że pierwsze 15-20 lat pracy jego i zespołu nie było wcale, jak niektórzy spekulowali, dochodzeniami wyraźnie koncentrującymi się na rakotwórczym działaniu kazeiny.

A był to przede wszystkim szereg badań mających na celu zrozumienia podstawowej biologii raka i roli żywienia w tej chorobie. Wpływ białka, oczywiście okazał się niezwykły i z tego powodu potraktowano białko jako nowe narzędzie w nowoczesny wgląd w funkcjonowanie procesu raka.

Nikt z nas nie wiedział do końca– twierdzi dr., Campbell -, jakie mogą być rezultaty tego wielkiego badania mieszkańców chińskich prowincji, ale wszyscy byliśmy pod wielkim wrażeniem tego co zostało ujawnione.

Sama definicja żywienia nie jest wszystkim, bo w grę wchodzi bardzo wiele innych czynników i nigdy nie zamierzałem izolować poszczególnych skutków zdrowotnych wynikających z jedzenia określonych składników odżywczych.
Chiński projekt zachęcił nas właśnie, aby nie polegać na niezależnych korelacjach statystycznych, z małym lub żadnym uwzględnieniem wiarygodności biologicznej.

W książce zostało ustalonych kilka modeli takich jak: rak piersi, rak wątroby, rak jelita grubego (w najmniejszym zakresie) kontrola masy ciała, oraz termogenezę po posiłkową. A także choroby zamożnych Chińczyków w kontrze do tych żyjących w ubóstwie. Wszystko w kontekście spożywania białka i zachorowalności na różne choroby w tym wymienione powyżej.

Korelacje, które przedstawiono w książce to tylko mały ułamek z tego, co prowadziło do jednoznacznych wniosków, że właściwie cała dieta na bazie roślin sprzyja zdrowiu. Książka z wiadomych powodów, to bardzo okrojone fragmenty badań.

Tak naprawdę tylko jeden rozdział z osiemnastu poświęcono projektowi chińskich badań, gdyż to badanie stanowiło tylko jedno z ogniw w łańcuchu podejść eksperymentalnych. Należy zadać sobie pytanie, czy chińskie badanie było w stanie poprzeć istniejące biologicznie wiarygodne dane, które Campbell uzyskał już wcześniej w swoim laboratorium.

Ze względu na olbrzymią bazę możliwości, wielki kraj, wielka ilość ludzi, różny sposób odżywiania, chińskie badanie mogło stać się przełomowym. I się stało.

Czyli, że ustalenia końcowe w książce miały znacznie większe znaczenie, niż tylko statystyczne wnioski z odpytania Chińczyków, których dieta w dużej mierze składa się z pokarmów roślinnych.

Tymczasem wielu lekarzy i naturopatów poszło na to i zaczęto na znacznie większą skalę promować dietę roślinną w celach leczniczych, a wśród nich są ludzie z naprawdę poważnymi osiągnięciami w korelacjach diety roślinnej z poważnymi chorobami.

Wymieniam w kolejności alfabetycznej, tych którzy już wsławili się zanim dr. Campbell opublikował swoją ksiażkę: Diehl, Esselstyn, Goldhamer, Klaper, McDougall, Ornish, Shintani. Oraz tych z wielu innych, którzy zaczęli działać po jej publikacji: T. Barnard, N. Barnard, Corso, Fuhrman, Lederman, Montgomery, Popper, Pulde, Schulz, Shewman.

Nie da się w żaden sposób przecenić niezwykłych osiągnięć tych lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. W efekcie, ich praca również potwierdziła wcześniejsze badania laboratoryjne Campbella.

Krótko jeszcze o wykorzystywanie statystyk w korelacjach jednowymiarowych, czyli, że jedli taki prowiant, chorowali na to i na to.

To nie jest takie oczywiste.

Tutaj należy się wystrzegać bardzo pochopnych wniosków. Gdyż przyczyny i skutki bywają o wiele bardziej złożone. I nigdy w całym badaniu, tak twierdzi dr. Campbell ta jednotorowa korelacja nie była brana pod uwagę, jako powód do nadrzędnych wniosków.

Po pierwsze, zmienna może odzwierciedlać wpływ innych czynników, które zmieniają się wraz ze zmienną, którą obejmuje się badaniem. Dlatego zawsze wymagają takie wnioski korekty czynników zakłócających.

I tak dalej, a teraz następuje cała litania warunków, które muszą być spełnione, w tym zakres badania, aby można było pokusić się o wyciąganie ostatecznych wniosków.

Oto komentarz epidemiologa pod wpisem Denise (kto to jest Denise, patrz moje dwa wpisy zlinkowane powyżej), który został przez nią usunięty, a następnie przywrócony, kiedy zrobiło się o tym głośno w necie:

„Twoja analiza jest w całości nadmiernie uproszczona. Każdy dobry epidemiolog/statystyk powie, że korelacja – nie równa się – pewność łączenia danych. Uruchamiając serię korelacji wskazała pani jedynie liniowe, kierunkowe i niedostosowane relacje między czynnikami. Proponuję zakupić podstawową książkę dotyczącą biostatystyki, aby dowiedzieć się, jak poprawnie analizować dane. Jestem doktorem specjalistą od nowotworów i epidemiologiem i chętnie pomogę pani zrobić to prawidłowo”.

Jednym słowem korelacje opublikowane w China Study nie mogą być na ślepo komentowane, a jedynie w połączeniu z wiarygodnością biologiczną mogą być właściwie zinterpretowane.

Masa ludzi jest uczulona na gluten, w tym autorka krytycznej rozprawy o książce Campbella, ale ten ostatni twierdzi, że jednowymiarowa korelacja pomiędzy mąką pszenną i chorobami serca, o której wspomniała Denise jest owszem ciekawa, ale osobiście nie jest świadomy jakichkolwiek wcześniejszych i biologicznie wiarygodnych, czyli przekonujących dowodów na poparcie tej hipotezy. Że pszenica powoduje choroby serca.

Trzeba by wprowadzić znacznie więcej korelacji, w tym o wiele więcej zmiennych jak, mąka pszenna, jej rodzaj, oraz jakie jest faktyczne spożycie mąki z pszenicy. Wiele zmiennych i korelacji.

Na przykład może być tak, że większe spożycie mąki pszennej jest skorelowane ze zmniejszonym spożyciem zielonych warzyw, co ma miejsce na przykład w bardziej suchych regionach Chin. I wiązało się też ze zwiększonym spożyciem mięsa, zamiast zielonymi warzywami.

To jak można to skorelować jednowymiarowo? Więcej pszenicy, to więcej chorób serca? Skoro jednocześnie było mniej zielonych warzyw i więcej mięsa w żywności ludzi zamieszkujących te regiony.

Przy okazji wyjaśniło się, dlaczego Campbell nie wziął pod uwagę wyników statystyk z prowincji Tuoli (co mu zarzucano) i bynajmniej nie był to grzech zaniechania. Ale dane statystyczne dotyczące ilości konsumpcji mięsa dla tej prowincji były sprzeczne.

W rankingu powiat Tuoli miał bardzo wysokie spożycie mięsa, a co innego zostało udokumentowane w czasie badania, gdy ludzie udzielali odpowiedzi w kwestionariuszach. Okazało się, że miała na to wpływ duża migracja ludności tych terenów i na część bardzo suchej pory roku ludzie przenosili się do innej części doliny, gdzie jedli znacznie więcej warzyw i owoców, a faktycznie mniej mięsa. Dlatego lepsze wyniki zdrowotne nie korelowały w rzeczywistości ze zwiększonym spożyciem mięsa.

Najbardziej prawdopodobne korelacje:

Prawdopodobnie właśnie niższe poziomy jednonienasyconych kwasów tłuszczowych w surowicy krwi zwiększają ryzyko chorób serca.

Tutaj nie ma mowy nic o tłuszczach nasyconych i ich wpływie na choroby. Można się pokusić, że ten tor badań został celowo przez Campbella pominięty, albo Chińczycy jedli tych tłuszczów na tyle mało, że nie dokonano odpowiednich korelacji. Ale to tylko moja hipoteza.

Wyższe poziomy mocznika w surowicy (biomarkery spożycia białka) powodują poważne choroby

Większa masa ciała to większe ryzyko chorób serca

Co ciekawe, te korelacje już były wcześniej znane Campbellowi na podstawie wiarygodności biologicznej skojarzonej z wyższym ryzykiem chorób serca. A badanie tylko je potwierdziło.

Samo badanie chińskie miałoby tylko znamiona hipotezy, dlatego dopiero w połączeniu z wcześniejszą wiarygodnością biologiczną dla takiej hipotezy nabiera całkiem innego wymiaru. I ci co się trochę na tym znają dobrze o tym wiedzą.

W chińskim badaniu, tak jak wspomniałam na początku badano sześć modeli, a mianowicie:
Rak piersi (kobiety lat 55, umieralność, porównanie Chiny i Europa), następnie,
Rak wątroby (powiązanie aflatoksyny z pierwotnym rakiem wątroby, oraz przed nowotworowych ognisk, nowotworów i diety nisko białkowe)
Wykorzystanie energii ( diety o niskiej zawartości białka, zmniejszenie rozwoju AFB1 ognisk przed nowotworowych indukowanych w wątrobie szczura, termogeneza w dietach niskobiałkowych)
Rak jelita grubego (spożycie błonnika w diecie, a umieralność na raka jelita grubego w Chińskiej Republice Ludowej)
Choroby zamożnych kontra choroby biedy (choroby cywilizacyjne kontra choroby na które zapadają ludzie ze stref ubóstwa). I w końcu,
Stopa wzrostu chorób w zależności od spożycia zwierzęcego białka (przewlekłe choroby zwyrodnieniowe, podsumowanie wyników dotyczących obszarów wiejskich Chin)

Okazało się, że odnotowano mnóstwo istotnych statystycznie wyników potwierdzających korzyści zdrowotne z diety na bazie roślin, dla tych wszystkich, wyżej wymienionych sześciu modeli.

Czy uważam więc, że wyniki China Study stanowią absolutny dowód naukowy? Oczywiście, że nie. Absolutu przecież nie ma.

Ale to co przekazano nam w Chińskim Badaniu zapewnia mi wystarczającą ilość informacji, abym mogła podjąć praktyczne i osobiste procesy decyzyjne?
Uważam, że we wszystkich krytykach dzieła Cambella brakuje jednego.

Mianowicie brakuje proporcjonalności.

Wyrwane z kontekstu, pojedyncze uwagi ludzi, którzy albo zbyt krótko sprawę studiują, albo nigdy nie osiągną na tyle biegłości umysłowej, a przede wszystkim chęci, aby rzecz lepiej rozkminić.

Rzuca czeladź w eter: – A pszenica?

A ja się pytam mało uczenie, czy sprawa w ogóle dotyczyła białka pszenicznego? Czy Chińczyk je/jadł głównie pszenicę? Czy sprawy pszeniczne należałoby badać akurat w Chinach, czy może w USA, albo na polskiej wsi?

Czy wyobrażamy sobie, że dr. Cambell bada rzecz przez 20 lat, a nawet 30 i wydaje książkę, którą przy pomocy internetowych statystyk jest w stanie obalić/podważyć laik?

Że nie liczył się Campbell, że będą najtęższe łepetyny podważać jego badanie, bo chodzi przecież o wielki rwetes moralny, emocjonalny, obyczajowy.

No i o wielkie, ogromne, niewyobrażalne pie.

Przyznaję, że nasycone kwasy tłuszczowe zostały faktycznie wylane z kąpielą, ale niech Droga Socjeta ma na uwadze, ten jeden drobny szczegół. Że nasycone kwasy tłuszczowe, mam na myśli oczywiście nie olej kokosowy, ale nasycone kwasy tłuszczowe pochodzące od zwierząt. A więc najczęściej duża podaż tych tłuszczów łączy się z mocną zwiększoną podażą białka zwierzęcego.

Czyli mielibyśmy tutaj bardzo przekłamane korelacje.

Jedzenie tłuszczu nasyconego zwierzęcego i choroby, ale przy tym o wiele większe spożycie białka. I znowu wniosek nasuwa się sam:

Wśród chińskich chłopów raczej nie było wielkiego bogactwa, nawet wśród tych tak zwanych bogatych, tak jak nie ma jeszcze baardzo baardzo bogatych Polaków, więc badanie nad wpływem jedzenia dużej ilości tłuszczu zwierzęcego właśnie tam, nie miałoby sensu.

Już o wiele bardziej przemawia do mnie Szwajcar żyjący średnio ponad przeciętną europejską, ale tam są jeszcze inne korelacje, jak poczucie bezpieczeństwa.

Zbadajmy więc bogatego z domu Szwajcara pliiiiiiiiiisssss, ale nie chińskiego biedaka z lepianki w kontekście nasyconych odzwierzęcych kwasów tłuszczowych.

To sie może czegoś dowiemy w konkrecie.

Czego i Drogiej Socjecie życzę. Tego bezpieczeństwa Szwajcara.
pepsik konstatns Jor

Opublikowano Campbell, Chińskie badanie | Otagowano , , , | 18 komentarzy

Kto rozwala związki małżeńskie i temu podobne?

korporacyjny szczur z penisem

Krążą mity o sekutnicach, które rozkazują swoim mężom i chłopakom aportować i czyścić rynny, ale oprócz totalnego marginesu, to jest nieprawda. To od kolesia zależy szczęśliwy związek. I o tym już.

Ello Ello Pannom, Mężatkom, Świekrom, Teściowym i Kolesiom każdej maści, to znowu ja.

Takie mnie naszły przed nocą myśli.

My laski wyrzucamy sobie.

- Znowu dzisiaj przypominałam Ksantypę. Mogłam powiedzieć o jedno zdanie mniej. Ale się czepiam. Jak własna matka. Samo się jakoś mówi, a ja jestem zupełnie inna. Nie taka małostkowa cipka. Z Dulską sie nigdy nie ślizgałam na jednej ślizgawce. Nawet nie w paraleli.

Jednym słowem wydaje nam się, że w naszych związkach małżeńskich, konkubinatach, czy długo chodząc z jednym chłopakiem robimy się matronkami, żeby nie powiedzieć, że zaczynamy mieć zadatki na teściową. A ten teść taki cichutki, wycofany, całkiem miły i właściwie do rany przyłóż.

Nic bardziej mylnego.

Okazuje się, a naukowcy to właśnie potwierdzili, że tylko (przede wszystkim, bo wyjątki wiemy, że potwierdzają regułę), a więc, że tylko mężczyzna jest tak naprawdę w stanie złamać małżeństwo. Zarówno ciągłą krytyką i agresją, albo tak zwanym szukaniem świętego spokoju i wycofaniem, doprowadza do tego, że związek staje się nieszczęśliwą farsą i to dla obu stron.

Kobietę można łatwo rozkrochmalić rozmawiając z nią, rozśmieszając i nie uciekając ani w krytykę, ani w milczenie. Kobieta staje się szczęśliwa przy miłym i uważnym partnerze, a związek ma szansę na bycie po prostu szczęśliwym. Krążą mity o sekutnicach, które rozkazują/oczekują swoim mężom i chłopakom aportować i czyścić rynny, ale oprócz totalnego marginesu, to jest nieprawda.

Oczywiście, że lubimy gdy mąż coś przerzuci cięższego, albo wskoczy na drabinę, ale to tylko kwestia użyteczności domowej. Opieki. Tymczasem kobieta od rana do wieczora, ile razy rzuci gałką w kierunku swojego partnera widzi, albo dezaprobatę, albo całkowite zobojętnienie.

Tak się na dłuższą metę nie da żyć. To nie jest szczęśliwe życie w związku, gdyż to jest farsa. Tragikofarsa kołtuńska.

I to, że kobieta jest głęboko nieszczęśliwa i niespełniona sprawia, że całe pokrewieństwo jest nieudane. Gdyż nie ma pokrewieństwa dusz.
Związek szczęśliwy nie jest sumą, jest iloczynem, czyli wystarczy, że jeden czynnik jest ujemnie szczęśliwy to cały iloczyn jest nieszczęśliwy.

Jeżeli mężczyzna w związku, dajmy na to małżeńskim (oczywiście nie mówię o młodych żonkosiach, tylko o łączności z pewnym stażem) potrafi spojrzeć na swoją partnerkę z czułością, nie krytykując, z poczuciem humoru. Jeżeli chce mu się z nią gadać, jeżeli nie chowa się stale przed nią do swej ślimaczej skorupy. Jeżeli nie jest mu wszystko jedno, byle miał święty spokój. To może mieć pewność, że nawet

Ksantypa zacznie być dla niego miła i zmieni się z sekutnicy w fajną partnerkę. Bo tak jesteśmy skonstruowane. Jesteśmy samicami, które chcą się z mężczyzną dogadać. Ułożyć się chcemy. Nie przewala się w nas teściu, tylko od czasu do czasu lubimy/musimy sobie powyć do estrogenu, ale czułość rozkrochmala nas na całego. Od czułości i akceptacji stajemy się dobre.

A wielu/większość kolesi wręcz przeciwnie. Czułość działa na nich jak brzęcząca mucha, niby nic takiego, ale potrafi nakurwić.

Mamy, my kobiety w swojej naturze parcie do pięknych zachowań, które zapewnią naszej progeniturze świetne, czyli radosne dzieciństwo. Matka szczęśliwa, to dziecko szczęśliwe. To znana relacja przechodnia.

Ale oni, faceci w sensie, tego nie chcą. Faceci nie chcą pojednania, mają parcie na laski jak im teściu skacze, ale potem szybko chcą mieć święty spokój.

I umrzesz kolego, życie przeżywając obok kogoś kogo mogłeś uszczęśliwić, w zamian dostając szczęśliwe małżeństwo, związek, łodewer, a ty jak idiota wybrałeś krytykę, agresję, niechęć, wyszydzanie, wyśmiewanie, czy wręcz odwrotnie, obojętność, uniki, wycofkę i temu podobne podchody.

Żeby się od tej jedynej swojej bratniej duszy (oczywiście nie liczę mamusi) odseparować. Żeby tylko nie było za późno jak się w końcu ogarniesz i uzmysłowisz, że zepsułeś dwa życia, a niekiedy również swojej ślicznej progenitury.

Zespół naukowców z Uniwersytetu w Chicago stwierdził bezapelacyjnie, że zdrowie i osobowość męża, może być kluczem do uniknięcia konfliktów i utrzymania szczęśliwego małżeństwa przez długie lata. A przebadano masę par, które miały bardzo długi, bo ponad 30-to letni staż małżeński, (średnio 39 lat)

Im wyższy poziom pozytywnego nastawienia mężczyzny w związku, tym było bardziej udane małżeństwo.
Bowiem kobiety na pozytyw odpowiadają pozytywem.

Mamy więc feminizm, oburzamy się na niedwuznaczne, czyli traktujące nas przedmiotowo reklamy, chodzimy do pracy wyemancypowanej, jesteśmy prezeskami, dyrektorkami, szefowymi własnych firm, dokonujemy redukcji etatów, podejmujemy śmiałe decyzje biznesowe, ryzykujemy, brawurowo jeździmy wypasionymi furami, ale w domu jeden ciągle niezadowolony malkontent jest w stanie rozpierdolić nam szczęście osobiste do imentu.

Oczywiście, że można się rozwieść, ale kolejny związek można też umoczyć z negatywem. Nie ma żadnej gwarancji, dopóki kolesie nie pojmą, że to również chodzi o ich własne życie.

Ponowne Serdeczności
Jor peps

Opublikowano miszmasz, Mężowie i Żony | Otagowano | 32 komentarzy